Archive for the 'avantgarde' Category



27
Czer
08

Lutek solo

„-Jo Lutek!
-No cześć.
-Weź zapodaj jakiś beat!
-Ale jaki?
-Taki kurwa wiesz- przeszywający.”

BEZ GRAFIKI TYM RAZEM, BO TO GWAŁT NA PATRZAŁACH; NETMUZYCZNA ESTETYKA MIĘ NIE POZWALA.

Lutek jest lub nie jest pewnie chory, natomiast na pewno jest lub nie jest za to zdrowo pierdolnięty.

To pewne. Jak to, że mamuty wyginęły.

Sprawdź majspejsa lutkowego, a przede wszystkim numer Z całej pety, który to utwór zapodał swego czasu w swojej audycji Ubunoir. Stamtąd Lutka wyhaczyłem i mnie raz na jakiś czas na nogi twórczość jego stawia.

A więcej krajowej destrukcji dźwiękowej posłuchasz w netlabelu By?em Kobieta.

„2-0-0-8 pamiętna data
to wtedy mieszkałem na warszawskich Kabatach
słuchałem płyt z albumami Kata
czy Ty też miałeś metala za brata?
bo ja nie- słuchałem Kata z własnej woli
chociaż stary burzył się, że mi nie pozwoli”

PS. Jak zaczniesz plonsać to pozdrawiam!

Reklamy
21
Lu
08

Raz na jakiś czas trzeba

Awangarda, muzyka tak zwana „współczesna”, elektroakustyka- tych dziedzin się właściwie nie dotykam. Nie to, że omijam z daleka, ale za głupi na jestem chyba, poza tym wolę rzeczy raczej lżej strawne.

Przychodzi czasem jednak taka chwila, gdy trzeba otrząsnąć się z komercji [zwróć uwagę- na netmuzyce większość recenzji dotyczy muzyki popularnej] i choć przez chwilę zacząć więcej wymagać od siebie. I ostatnio miewam takie dni. Może to dlatego, że prawdopodobnie zrobił mi się suchodół zębowy i mnie napierdala szczęka od tygodnia. Ale ma przejść.

Zapytam- masz ochotę na coś z zupełnie innej beczki? Może zwizualizuję o co mi chodzi- przed Tobą część występu młodziutkiego wówczas Franka Zappy w amerykańskim telewizyjnym The Steve Allen Show

a konkretnie jego część właściwa, tj. MUZYKA!. Poprzednie trzy części nagrania znajdziesz sobie na jutubie, samodzielność przede wszystkim.

Nie całkiem na poważnie [jak to już u Zappy- swoją drogą jednego z moich ulubionych gitarzystów] Frank wraz z prowadzącym szoł grają na rowerach. Towarzyszy im niewielka orkiestra grająca co popadnie. Eksperyment ciekawy i na tyle widać udany, że znalazł naśladowców- jest do zassania płytka live wydana przez zakręcony netlabel Lostfrog [a na płycie dwa performensy dwóch niezależnych od siebie orkiestr rowerowych. Nagranie na żywo, bez ściemy i wstrętnego, komercyjnego tuszowania braków warsztatowych muzyków!].

Ok, jestem miłośnikiem rowerów, ale może Ty nie? A może po prostu chcesz więcej? No to co powiesz na kolejny czarno-biały szoł z usa? Tym razem John Cage i jego Water Walk! Odżałuj tych dziewięć minut- mimo słabej jakości kopii [choć lepszej niż powyższa] film jest wart poznania. Może jako ciekawostka, a może polubisz muzykę konkretną?

Cóż. Ten pan jest całkowicie poważny. Ja mimo wszystko nie mogę potraktować jego występu tak całkiem na serio, lecz po obejrzeniu kilku innych muszę powiedzieć, że są całkiem pokaźne grupy osób, które są jego fanami! Ba! Grają jego kompozycje w nowych aranżacjach i wariacjach na np. akordeon, flet prosty, zestaw sznurków do suszenia prania, podstawki pod globusy, worki z plastikowymi okularami i niebieskie bejsbolówki!

Mało? Coś bardziej spektakularnego? A Karlheinza Stockhausena smyczkowy kwartet helikopterowy znasz?

To już jest całkowicie na serio. To jest awangarda pełną gębą. To jest, proszę Ciebie znak, że najwyższy czas na eksplorację zasobów strony

bo już niewiele Cię zdziwi… Bo wiesz już, czego się możesz spodziewać… Akurat! Nie uwierzysz własnym uszom, uwierz mi! Bierz wszystko stamtąd- wszystko jest pojechane, nawet nie mam odwagi żadnej konkretnej pozycji polecić…

No dobra, z obowiązku- może samplery? Gospodarz strony skompilował bowiem składanki swoich ulubionych utworów [wszystkie do pobrania w postaci plików flac lub mp3]. Jak odsłuchasz to napisz- może specjalnie dla Ciebie i ja zrobię jakąś eksperymentalną niesencję? Z animacją na okładce?

Oki. Teraz wracam do niepisania przez jakiś czas. A jak zachęciłem czymś powyższym- odezwij się. Najlepiej morsem, uderzając np. wałkiem do ciasta w swój odtwarzacz mp3.

09
Sty
08

Inspiracja Istotą ssącą czyli psychodelia’07

Istota ssąca to nazwa audycji w internetowym Radio Sitka. Program prowadzi Ubunoir- sympatyczny zdaje się pan o mocno pogiętych zainteresowaniach muzycznych. Mówiąc szczerze- po prawie czterech godzinach słuchania jego setów [które w postaci emeptrójek można ssać z archiwum] miałem zawroty głowy. Odmóżdżyło mnie, mówiąc wprost. Na szczęście autor zdaje sobie sprawę z tego, że zapodaje rzeczywiście niestrawialnie i czasem w audycjach pojawiają się rzeczy lżejsze. Nie muszę chyba wyjaśniać, że zarazem i darmowe i legalne.

Na potrzeby niniejszego wpisu przesłuchałem [w całości!] audycji 21 i 20 i wyselekcjonowałem spośród wieeelu numerów 3 godne polecenia mniej odpornym na awangardę uszom. Czyli- mam wrażenie- Twoim, czy bardzo się mylę?

Po pierwsze: utwór złożony z samych najmniej pożądanych i z ledwością pasujących do siebie w zakresie jednej kompozycji dźwięków, instrumentów, gatunków i muzycznych obyczajów pop- i kulturowych, czyli Komar and Melamid & Dave SoldierThe Most Unwanted Song z płyty The People’s Choice Music. Interesująca idea. Co ciekawe, w samej tylko audycji nr 21 znalazłem co najmniej kilka kawałków, których bynajmniej nie pragnę jeszcze raz posłuchać, ten numer natomiast całkiem mi się nawet się właściwie to całkiem spodobał mi si… chociaż faktycznie jest qrrwa zdecydowanie za długi i momentami wybitnie męczący. Pochwaliłem się za szybko w komentarzu do audycji, że utwór mnie urzekł [jak max. 200 ziemian], bo jednak podoba mi się jedynie chwilami; jednak mimo wszystko przesłuchaj go sobie. Jeśli Ci się uda.

Po drugie: quasi-taneczny numer Teppop’aThomas Helmig; o ile nie przepadam za chiptune’m i prymitywnym electro [jak to zwać?] tak tutaj coś mnie porywa i nuzia mię podrygiwa.

A po trzecie: KiiiiiiBrown Girl In The Ring. Boney M. po japońsku, wokal z towarzyszeniem bębnów i pogłosów. Magicznie mi się tego słucha, naprawdę i serio!

Ponadto całe krążki prezentowane w Istocie mam od kilku miesięcy na dysku [tak tak, ja cały czas sprzątam twardego i zamierzam nigdy nie skończyć podsumowania zeszłego roku]- trzy zamieszczone poniżej znalazłem w katalogu +- czyli tam, gdzie trafiają płyty o których chcę napisać, ale nie w pierwszej kolejności. Najczęściej są nie do końca w moim guście lub coś jest spieprzone,  a zasadniczo to więcej niż 30% właściwie nie daje się słuchać. Mam jednak również katalog -+, gdzie są rzeczy jeszcze bardziej nietego… ale z jakiegoś powodu nie potrafię się z nimi rozstać [chociaż nic na ich temat nie mam i pewnie nie będę nawet chciał mieć do powiedzenia].

Krótko, po kolei: na początek Dalt Wisney z EP’ką Lifetime Psychedelic Dance Lessons z rewelacyjnym Dingbatem Śpiewającym Kotem na wejście. To te takie sampelki, które potem każą Ci się nucić cały dzień. Zresztą- całości płytki można z mniejszą lub większą przyjemnością posłuchać i co najważniejsze- nawet do płyty wrócić! do czego zachęcam- klik w okładeczkę.

W dalszej kolejności coś z zupełnie innej beczki- PBK, czyli powrót w lata siedemdziesiąte XX wieku, te upalone i skwaszone. Tutaj nie podejmę się polecenia szczególnie któregokolwiek z nagrań- rzecz kojarzy mi się ze starym Zappą, Gongiem i Amon Düül, chociaż słychać i brzmienia tzw. nowe. Miło mi się więc kojarzy i zarazem nie straszy, dlatego proponuję kolejny klik w- jakże przecież wspaniałą!- okładkę. No i drenujemy zasoby netlabelu Plastiqpassion!

A na koniec coś kompletnie pojechanego- Santosh z Kanady i 18 pierdolniętych kwałków zebranych na płycie The Book Of Moron. Gatunek? Nie pytaj o gatunek. Najlepszy kawałek? Każdy jest niezly, mnie niszczy Don’t Send Me To Hell– teksaskantry z wykwintną bandżolą + całkowity odjazd wokalny. Rewelacja- całość dla tych, co mają poczucie humoru. Czyli- mam wrażenie- dla Ciebie, czy bardzo się mylę? Z okładeczką postępujemy jak poprzednio.

Obiecałem sobie, że zapoznam się z całością archiwum Istoty ssącej, ale to wymaga poważnej dawki cierpienia, więc w najbliższym czasie sobie daruję. Natomiast w którymś z następnych wpisów postaram się przedstawić Niejsencję numer sześć [czilowo-ambientową, dopieszczam ostatecznie selekcję w wolnych chwilach], a Ty śpiewaj, nuć i uważaj na bańkę!

04
Sty
08

Zaległości okołoambientowe

Ale piździ, co? Miałem cichą nadzieję, że zima będzie dla nas co najmniej tak łaskawa jak w zeszłym roku, a tu ni z tego ni z owego mróz przyatakował na dobre i trzyma! Co robić? Ja dokonałem eksperymentu z ustawieniem dużych okładek [uwielbiam grafikę!] wobec nikłej zawartości tekstowej. Się nie podoba? Wybacz, ale otóż…

…otóż w tak niesprzyjających okolicznościach przyrody słuchanie muzyki innej niż stonowana aż nie przystoi. A skoro w ramach noworocznego czyszczenia dysków natknąłem się na kilka rarytasków z gatunku kojącego uszy ambientu i jemu pochodnych- klikaj w okładki, ściągaj płyty, pij grzańca i słuchaj!

Proponuję zacząć od Archaic Horizon, a dokładniej dwóch najlepszych [imo, of course] pozycji z tego netlabelu:
***********************


Boards of Canada znasz? No to śmiało możesz przyjąć, że Orange Crush też znasz. Gdyby na płycie The Fields były same numery pokroju Across the Breeze czy Adrift [ten od dawna już zalega w poczekalni do niesencji] już dawno bym na jej temat kilka zdań opublikował. Ale jest różnie- w miarę równo, trochę monotonnie- uspokajające 48:22, ciepłe i wyciszające. A jak Ci jeszcze mało to
***********************


włącz Corwin Trails. Pamiętasz pierwszy kawałek z pierwszej niesencji? Te przemiłe drony z bajkową opowieścią w tle? Niezły numer, no nie? To pierwszy kawałek z EP’ki zatytułowanej po prostu Corwin Trails. Co oprócz niego na płytce? Muzyka równie piękna jak Orange Crush, jednak z większym naciskiem na eksperymenty i nieco chore dźwięki. Wyróżnia się jeszcze Icicle– słodki kawałek, także oczekuje na swoją kolej na składance. Pozostałe 3 numery trzymają klimat [w Hakim Bay przewijają się echa motywu z Oasis is Myth, lub odwrotnie] więc koniecznie! Ponieważ jednak EP’ka jest dosyć krótka [16:22] zaraz potem w głośnikach powinien pojawić się
***********************


Nest z labelu Serein. Okładka mówi sama za siebie- jest atmosferycznie, kameralnie, nieco mroźnie i niewyraźnie. 27,5 minuty subtelnych akordów na pianinie, delikatnych dronów, czasem z orientalnym smaczkiem. Są tacy, dla których jest to najlepsze wydawnicto netaudio AD 2007, więc choćby dlatego warto się z tą pozycją bliżej zapoznać… by zaraz potem
***********************

włączyć EP’kę Libeskind, nagraną przez Benfay’a dla Eko Netlabel. Właściwie z całą płytkę tworzy pierwszy numer- niezwykle oszczędny i harmonijny minimal na gitarze + nieco elektroniki. Śliczne to, mogę słuchać w nieskończoność!
Drugi numer natomiast nadawałby się jako soundrack do SF o łodzi podwodnej widmo- sonary, pogłosy, maszyny, które robią „ping”. Trzeci kawałek- dla wytrwałych. Obłęd. Popsute urządzenia z oiom’u i nachalny analogowy generator sinusoidy. Szumi. Bardzo.Ooooo… zonk! Eko Netlabel właśnie się przepoczwarza, więc EP’ka jest niedostępna w chwili obecnej- dowiedziałem się o tym, jak chciałem podać link :( Na pocieszenie możesz sobie przesłuchać jej na last.fm [pierwszy numer jest tam niestety 3x krótszy niż w oryginale].

Na koniec sesji polecam
***********************

Miniatury Veriana Thomasa wydane w Negative Sound Institute [nazwa labela myląca, bo miniaturki Veriana są po prostu zajebiście pozytywne].
Całość [29:50] zagrana jest na jedynym instrumencie- starym Fenderze Telecasterze [o ile dobrze zrozumiałem- popsutym] i lekko przetworzona, czego nie da się ukryć. Uwierz mi- śliczne brzmienie ma ta gitara- gdybym wiedział, że nauczę się kiedyś sprawnie posługiwać wiosłem na pewno postarał bym się o takiego Fendera… Ale elektryczne gitary strasznie miauczą mi pod palcami. Szkoda :(

Oki- to na tyle w klimatach okołoambientowych, jednak odkurzanie twardego trwa! [jakkolwiek by to nie zabrzmiało ;]




autor

linki które rządzą

wpisy które rządzą

Reklamy

%d blogerów lubi to: