Archiwum dla Luty 2007

28
Lu
07

Jeffrey znalazł ludzkie ucho

Czy miewasz czasem ochotę włączyć sobie coś medytacyjnego? I nie mówię o składankach z „Pani domu”, gdzie pompatyczna elektronika spod znaku Vangelis’a przeplatana jest pseudo-orientalnym pitoleniem, czy o zaśpiewach naturalizowanych Indian na „koncertach” pod stacją metro centrum [bez urazy; w tym co robią są profesjonalistami].

Mówię o czymś mocno psychodelicznym, czymś co niewyraźnie, ale zauważalnie oddziałuje na percepcję, co nie męczy transowym beatem, wszelako będąc bardzo transowym… Miewasz na coś takiego ochotę? Ja miewam!

Dopadła mnie w robocie ostatnio. Zupełnie przypadkiem, kiedy szukałem [jak zwykle ostatnimi czasy] czegoś dobrego wśród ściągniętych na twardy propozycji z różnych netlabeli. I naturalnie- czego nie włączę, to jakiś industrial-noise, albo sub-minimal-techno, tudzież lepszy lub gorszy beacik. Albo dark ambient… Aż tu nagle- jest! No i mnie zapętliło.

Marco Lucchi – I found an – insoluble, indefinite – ear

To jeden kawałek. Opiera się na frazie wydmuchanej na dęciaku i generowanych elektronicznie dźwiękach towarzyszących,  bardzo miłych dla ucha i łatwo przyswajalnych. I byłby to całkiem zwykły long-ambient, gdyby nie to, że ta wydmuchana fraza gra, bagatela, godzinę i piętnaście minut. Nooo, to nie jest zwykły ambient! To majstersztyk powtarzania w kółko, z wieloma wariacjami, ale w kółko i w kółko. Co jakiś czas wybija się dialogowy sampel z filmu Blue Velvet [no kurcze! nie oglądałem! trzeba to nadrobić], aby potem wszystko pięknie i gładko znowu się w kółeczko powtórzyło. Pięćdziesiąta trzecia minuta przynosi lekkie rozwianie rekurencji, nie na długo jednak- po niespełna dziesięciu minutach znowu zaczyna towarzyszyć nam znajoma fraza… Majstersztyk, powtarzam, majstersztyk powtarzalności!

Utwór został skomponowany i nagrany w domowym studiu Marco Lucchi’ego [na zdjęciu po prawej]. Na rogu francuskim zagrał jego mocno nieletni syn Dario Lucchi. Całe nagranie tego materiału trwało dokładnie tyle, co jego odsłuchiwanie [wg informacji z Webbed Hand Records], co tym bardziej robi wrażenie. Na tobie też?

Reklamy
23
Lu
07

Mazurskie zioła. Prawie jak wywiad [korespondencyjnie].

witaj! jestem zauroczony Twoją płytą „Witaminy są potrzebne”, którą znalazłem na DiSfish. chciałbym ją na swój sposób „wypromować” na swojej stronie, ale ponieważ staram się, aby odwiedzający mogli pobrać całą płytę bez żadnych perturbacji potrzebuję działający link do pliku… [dalej nie ważne, wszystkie linki już działają- przyp. m-L+x].

dzięki! :-) spoko, nie ma problemu […] mogę Ci podać jeszcze stronę majspejsową gdzie są dwa starsze numery, możesz je zapodać jako bonusy. a jeśli będziesz dodawał jakieś słowo pisane to tylko sprostuję, że słowo „zioła” nie ma nic wspólnego z zieloną roślinką! są to raczej babcine ziółka ;-) 

 

 

ok, dziękuję. brakujący numer okazał się nie mniej wykręcony od pozostałych. płyta bardzo mi przypasowała, trafiła klimatem w mój aktualny nastrój, akuracik późnozimowy…
przy okazji: przyszło mi do głowy, że może sam napisałbyś o tej płycie trochę więcej? jak powstawała, czy wszystko grasz sam, na czym później montujesz […]. przyznam się, że nie ‚siedzę’ w gitarowych gatunkach już od kilku ładnych lat [beat! beat! beat! wiesz o co chodzi ;] więc mam pewne trudności ze zrecenzowaniem Twoich nagrań. tym bardziej było by mi miło zacytować Cię na mojej stronie.

hmm… i co ja mam Ci napisać… pojęcia nie mam…
może zacznę od tego, że ta muzyka nadaje się bardziej na wieczór niż na rano :-) a jak powstaje? cóż… wszystko właściwie nagrywam w domu. siadam do kompa, podłączam mikrofon i próbuję zapodać jakiś tłusty bit… np. kładę mikrofon na podłodze, wkładam na uszy słuchawki, włączam dyskmena i do jakiejkolwiek piosenki tupię sobie nogą w kapciu o podłogę. a że podłoga drewniana, solidna, przedwojenna, to dźwięk dostojny :-)

następnie podłączam do kompa gitę i próbuję coś wymodzić do tego bitu… na ogół po jakichś dwóch minutach wygrywają się te dźwięki, które być powinny. no i nagrywam… i tak na ogół się dzieje… na końcu dodaję trochę efektów, czy to dileja, czy to ekłalizera, czy to jakiś inny dziwny pomagacz :-)

to tak mniej więcej wygląda. ale nie zawsze. gdzieniegdzie słychać żywe bębny; kiedyś nagrałem sobie kamerą wideo dźwięki bębnowe w miejscowym domu kultury po to właśnie, by później je pociąć i zrobić z tego tłusty bit. i tak też wychodzi… następnym razem chcę nagrać bębny na żywo, tak jak mają wyglądać, bez cięć i tym podobnych…

nad niektórymi „tworkami” męczę się miesiącami, żeby któregoś pięknego dnia wszystko bez bólu zakończyć za jednym zamachem, a niekiedy piosenka powstaje w 10 minut od pomyślenia o niej do naciśnięcia przycisku „zapisz” (tak było np. z „bejbi blu”).

 

witamina c
your wife has a beautiful neck cz.2
spanie to snienie, a snienie jest piekne
bobrow zeremie
bejbi blu
tramwaj chorzow katowice
buty i koszule
norma norma
inne witaminy

 

fajnie, dzięki za pomoc, razem łatwiej ;)
a jak byś sklasyfikował tę płytę? do jakiego gatunku ją zaliczysz?
a brzmienie? czy wzorujesz się na jakimś konkretnym wykonawcy?

hmm… słucham bardzo dużo różnej muzyki, najczęściej na wieczornych spacerach po mieście… a obracam się w bardzo szeroko pojętej alternatywie… bosz… nie wiem nawet co wymienić bo jest tego ogrom… wejdź na mojego majspejsa i zobacz jakich mam frjendów :-) od pogodno do młodego polskiego dżezu… a biorąc pod uwagę to, że pogodno to jeden z moich ukochanych polskich zespołów…

no, troszkę różni się to co nagrałem od tego co oni grają, ale jak śpiewa Budyń „muzyka jest wszędzie”. wszystko jest inspiracją; szum wiatru i płacz dziecka za ścianą… zależy jak kto to wykorzysta :-) nie wzoruję się na nikim jakoś tak bezpośrednio, a przynajmniej tak mi się wydaje. ze względu na to, że muzyki jest ilość nieogarniona każdy coś mi do głowy przemyca… a to co nagram jest tego wszystkiego zbiorem. jeśli chodzi o brzmienie chciałbym dorobić się jakiegoś rozpoznawalnego, ale to jeszcze duuuużo pracy…

pogodno, oczywiście! zwłaszcza pierwsza płyta.
serdecznie pozdrawiam! i nie przestawaj!

14
Lu
07

Relaksujące deja-vu

Co tu dużo pisać… Na temat tego rodzaju dramenbejsu ostatnie słowo już zostało powiedziane ładne kilka lat temu. Styl się narodził, święcił triumfy, rozwinął się, potem stał hermetyczny i zjadł własny ogon. Nie pozwala jednak o sobie zapomnieć- co jakiś czas wpada mi na dysk atmosferyczna perełka, której oprócz urody nie można odmówić również aspiracji do bycia czymś więcej.

Mowa o albumie Antibreak – Layered z roku 2004, który jest wg mnie swoistym hołdem złożonym wytwórni Good Looking Records: brzmią tutaj podobne instrumentarium i efekty, warsztatowo jest równie nienagannie a całość jest wycyzelowana jakby produkował ją sam guru LTJ Bukem. Słowem- czyste naśladownictwo mistrzów gatunku, plus [na szczęście] coś, co nie pozwala przejść obok obojętnie i rozstać się z Layered po pierwszym przesłuchaniu. Mianowicie- więcej tu porcji bezbeatowych, niżby należało się spodziewać po starym, dobrym atmdnb.

1. Lumière
2. Taj
3. Flight of Mind [Antibreak Remix]
4. Progress Apart
5. 1-2-3
6. Rhetoric
7. The Blue
8. The Gods

Bo to nie atmospheric, tylko ambient drum and bass, jak czytamy na stronie Antibreak. I coś jest na rzeczy, bowiem raz na jakiś czas artysta przestaje trząchać synkopami i przystaje na dłuższą chwilę, żeby troszkę pomarudzić i pokręcić gałami, wydobywając z syntetycznych brzmień leniwie płynące ambienty właśnie. Od czasu do czasu zagra nieco orientalnie i spokojnie wprowadzi w błogi trans… żeby potem znów załomotać z prędkością kilkunastu dziesiątek bpm.

Dla tych, co siedzą w dnb- pozycja godna zassania i dłuższej chwili uwagi. Dla pozostałych- warta ściągnięcia i choćby przesłuchania. Tak czy owak- dla Ciebie.

10
Lu
07

Grasz przez 21:53 w skojarzenia?

Mam przyjemność przedstawić:

P. Lowe. Jak widać- wokalistkę, oraz

A. Cropello. Kompozytora i  producenta.

Tych dwoje [czy tylko dwoje? Jakoś trudno jest mi w to uwierzyć, ale wielu szczegółów w sieci na temat tej płyty znaleźć nie potrafiłem] sprezentowało nam za sprawą Pharmacom Records [tak, pamiętałem!] 7 kawałków. Prezent do odebrania teraz, zaraz, na miejscu lub na wynos.

Pozwoliłem sobie przetłumaczyć tytuły, co mi tam! Jeśli jednak popełniłem błąd w tłumaczeniu- czekam na sprostowanie.

01. Letnia sukienka [3:28]
02. Mgiełka oceanu [3:20]
03. Copacabana Palace Hotel [3:13]
04. Twoje ręce są kołyską [3:30]
05. Moje na zawsze lato [2:52]
06. Nie przestawaj prosić o miłość [2:44]
07. Powiedz, że kochasz inną [2:46]

Okładki nie zamieszczam, bo urąga dobremu smakowi i przy okazji nijak ma się do nagrań. Bo nagrania, proszę Ciebie, to po prostu miód na uszy. To piosenki… no właśnie.

Chciałem napisać recenzję tej płytki, ale zdania mi się nie kleiły. Z początku płyta nie całkiem mi podeszła- zdawało mi się, że wokale fałszują. Ale coś mi mówiło: nieeee, to dobre! Przeczekałem- i właśnie dziś mnie trafiło!

Przesłuchałem tych siedem nagrań ciurkiem chyba ze 20 razy, notując sobie skojarzenia [i przy okazji wykonując zwykłe, sobotnie, domowe czynności]:

melancholijnie. relaksacyjnie. piosenkowo. perkusja cykcyk. sennie, ale nie smutno. cieplutko. kameralnie. gitara, pianino, kontrabas, jazz. nastrojowo. kobieco. całuśnie. śpiewająco. sentymentalnie. melodyjnie. leniwie. ładnie… lato. kawiarnia, plażowe parasole w oddali. lampiony nad głową huśtają się powoli, jest późny wieczór. na scenie Calypso, w ręku trzymam kieliszek z winem, obok rozmarzona i wyluzowana partnerka…

Taaak… Mniej niż kilkakrotnie z rzędu tej płyty słuchać nie polecam- czarująco robi się po około godzinie, choć to może być kwestią osobistej wrażliwości. W każdym razie na koncercie Calypso chciałbym się kiedyś znaleźć.

PS. Wspomniałem na wstępie o tym, że pamiętałem, że obiecałem Ci napisać o jeszcze dwóch pozycjach z katalogu Pharmacom Records. Otóż druga to Inzah – Mood. To inna niż Calypso dziedzina muzyki [breakbeat, downtempo], a dodatkowo to tylko króciuteńka ep’ka. Dwa kawałki, więc szkoda kilkoma minutami zawracać sobie głowę… chociaż drugi numer jest po prostu re-we-la-cyj-ny! W swoim czasie zamieszczę go w specjal… ale o tym potem.

07
Lu
07

Fonetik – Demo. Pełen profesjonalizm.

 

 

To najbardziej profesjonalne dzieło, które udało mi się znaleźć w sieci w ostatnim czasie. Nie muszę chyba wspominać, że jest dostępne legalnie i za darmo… Tym razem znów kłania się Jamendo, serwis społecznościowy promujący [jak ja ;] niezależnych twórców. Całość można ściągnąć poprzez eMule lub bitTorrent, a na życzenie mogę gdzieś indziej zamieścić tych pięć wspaniałych plików.

Jest to prawdziwie jazz’owy jazz, o nowoczesnym i soczystym brzmieniu. Perfekcyjnie zagrany, prawie-doskonale zmasterowany [wydaje mi się, że pierwszy numer powinien być głośniejszy, nie mam racji?]. I jedyny mankament- płyta trwa za krótko! W nagrodę proponuję zapętlić kilkakrotnie drugi kawałek. Free Gun rządzi!




autor

linki które rządzą


%d blogerów lubi to: